Nagrałam filmik z życzeniami, ale okazało się, że w świetle choinkowych lampek niewiele widać i właściwie słychać tylko mój głos, więc życzenia świąteczne złożę jednak w formie pisanej :)
- czyli pamiętnik minerałoholiczki (kopia zapasowa mojego bloga głównego, tak na wszelki wypadek ;) )
środa, 23 grudnia 2009
Wesołych Świąt..
Kochani !
Nagrałam filmik z życzeniami, ale okazało się, że w świetle choinkowych lampek niewiele widać i właściwie słychać tylko mój głos, więc życzenia świąteczne złożę jednak w formie pisanej :)
Nagrałam filmik z życzeniami, ale okazało się, że w świetle choinkowych lampek niewiele widać i właściwie słychać tylko mój głos, więc życzenia świąteczne złożę jednak w formie pisanej :)
wtorek, 22 grudnia 2009
Sylwestrowa próba
Wstawiam głównie za namową takiej jednej marudy kochanej (zdrowiej kochana szybciutko :*)
Kosmetyki:
Twarz:
- jak baza - Monistat :)
- podkład Everyday Minerals Golden Medium Pressed
- puder Everyday Minerals Kaolin Soft Bronze
- róż Everyday Minerals Memphis Rose
Oczy:
- baza pod cienie Aromaleigh
- Everyday Minerals Adventure, Smokey, Black eyeliner, Floating Feathers
- kreska brokatowa - Aromaleigh Prettyplease plus Eyeliner Sealant
- tusz Clinique High Impact
Usta:
- bezbarwna pomadka Artdeco
Coś dziwnego robi mi blogspot ze zdjęciami.. muszę się temu przyjrzeć.. jakieś wyblakłe kolory i ziarnistość się pojawiają...
A, no i świąteczna szata bloga oczywiście tylko chwilowo.. potem te bijące po oczach ozdobniki znikną :) No i jakby padający śnieg zbyt utrudniał przeglądanie bloga, to krzyczeć, zdejmę go :)
środa, 16 grudnia 2009
Pędzle Everyday Minerals
No dobrze, mam już wszystkie pędzle EDM (poza niedostępnymi już w zbroi oraz limitowanką na Dzień Matki, ale nie planuję ich zakupić), więc zrobiłam zdjęcie porównawcze.
(EDIT - nie mam jeszcze pędzla Baby Kabuki, który kiedyś był, na co zwróciła uwagę, całkiem słusznie zresztą - Adusiadu:D :* )
Chwilowo czuję się zaspokojona pędzlowo (zwłaszcza, że 17 zamówionych z Lumiere jeszcze niebawem dołączy do mojej kolekcji i 3 kolejne EDM w drodze) i chyba odpuszczę kolejne zakupy w tej kategorii.
Na zdjęciu tylko pędzle z EDM. Pozostałe obfotografuję w innym czasie (pewnie dopiero, gdy dolecą różowe z Lumiere)
Najczęściej używanym przeze mnie pędzlem jest chyba smudge brush z EDM. Używam go ostatnio do: nałożenia bazy pod cienie (baza Aromaleigh rewelacyjnie się nim nakłada), do prac z wewnętrznym kącikiem, zewnętrznym, do delikatnego roztarcia, do dolnej powieki, pod łukiem, a gdy mi się zdarzy taka potrzeba - również do korektora).
Everyday Minerals - Dome Blush Brush
Wczoraj dotarł do mnie nowy pędzel EDM do różu - Dome Blush Brush. Bardzo lubię ten kształt pędzli (znacznie bardziej niż ścięte)
Pozwolę sobie tutaj bezczelnie skopiować to, co już napisałam o tym pędzelku na wizażowym forum :P
"Mam z nim problem. I to spory, bo nie umiem określić, czy go lubię, czy nie. Niby naprawdę fajnie nakłada się nim róż, nie robi smug, jest mięciutki, delikatny, a jednak... Nie wiem, czy to szukanie dziury w całym, czy już zmanierowanie, czy też już mi się, jak to mówi moja ciotka - "w ... się poprzewracało




No i niestety, przy mocniejszych różach jednak można nim sobie krzywdę zrobić i trzeba uważać".
Nie znaczy to jednak, że jest to zły pędzel. Absolutnie nie.Podejrzewam, że będę go używać długo i z przyjemnością, ale brakuje mi w nim tego "czegoś" do tego, bym mogla go bez żadnych wątpliwości wychwalać.
Wrzucam porównanie różu Wild Vines do dwóch, które moim zdaniem są w dość podobnej tonacji - Memphis Rose oraz Wishing Well.
Memphis Rose jest z nich najciemniejszy i ma srebrne drobinki, Wishing Well oraz Wild Vines są niby matowe, ale po roztarciu wychodzi z nich bardzo delikatny satynowy połysk (Wild Vines jest bardziej matowy jednak).
(a - te wgłębienia na różach to nie są ślady moich paluchów, a odciski po plastikowej łyzeczce- miarce :D )
Wishing Well dodatkowo ma chyba najwięcej lekko brzoskwiniowych, trudno uchwytnych tonów, widocznych dopiero po nałożeniu i tak naprawdę dopiero w kontraście z pozostałą dwójką.
Dopisano: poniedziałek 21 grudnia 09:54
Wrzucam fotkę różu Memphis Rose na mnie. Przyczepił się do mnie ostatnio na dobre. I nie wiem własciwie, co w nim jest takiego, bo ani Wishing Well, ani Wild Vines, które są w podobnej tonacji, nie zrobiły na mnie takiego wrażenia. A ten jakoś mi się podoba :) Od czasów Theme Park chyba żaden róż EDM tak mi się nie podobał :) Choć oczywiście muszę pod niego nosić Sky Blue, bo inaczej zbyt ciepłe tony z niego wyłażą.
Na zdjęciu:
- podkład Everyday Minerals Golden Light o glo (ta formuła niezbyt dobrze wychodzi u mnie na zdjęciach :( a w dodatku makijaż robiony ok. 5 godzin temu i już się błysk pojawił ... no nic, zapamiętam, by do fotek, zwłaszcza tych robionych z lampą potęgującą błyszczenie, używać jednak intensive)
- puder Kaolin Soft Bronze EDM
- na policzkach korektor Sky Blue EDM
- róż Memphis Rose
- oczy : Sleigh Ride, Snowflakes, Shady Violets, Pearl Pick me up (korektor pod łukiem) EDM
- tusz Clinique High Impact
- Earthen Glow Minerals - Soul - cień do brwi
- usta Artdeco - bezbarwna pomadka o smaku szampana :D
Nie skomentuję za to ostatnich wyczynów Cariny i jej jeansowej kolekcji. Z całym szacunkiem, próba wciśnięcia nam torby wyglądającej jak w najlepszym wypadku siatka na ziemniaki za 50 dolarów to coś, co mogło powstać chyba jedynie pod wpływem albo silnych środków farmakologicznych (swoją drogą to by tłumaczyło ostatnio przyjętą politykę EDM rodem z hipisowskiego ruchu z lat 70. z życzeniami ciepła, miłości, światła, szczęścia i pozytywnej energii) albo mocnego przekonania o własnej genialności. Do mnie niestety to nie przemawia (jak również decyzja o wyłączeniu forum oraz kasowaniu komentarzy, które nie są w 100% "radosne i ciepłe"). Nie chcę być złym prorokiem, ale Carina chyba rozpoczęła właśnie proces upadku tak fajnie zapowiadającej się marki...Chyba, że Amerykanie są aż tak kompletnie pokręceni i do nich ten kierunek trafia (ale sądząc po dyskusjach na forach, chyba również nie bardzo)
(jednak skomentowałam :D )
Z ciekawszych rzeczy - obecna promocja daje możliwość wyboru przy zakupach powyżej 29$ jednego z trzech produktów :
Cienia "Rock Anthem"
Cienia "First Love"
Różu "Come what may"
niedziela, 13 grudnia 2009
Wrrrrrrrrr.. 13- ty?
Ale jestem wściekła na tą pogodę. Od rana próbowalam zrobić sensowne swatche i fotki. Było tak pochmurno, że nawet kombinując na różnych ustawieniach aparatu nie udało mi się tego zrobić. Spędziłam 4 godziny walcząc z tym wszystkim i nic z tego nie nadaje się do pokazania. Zdjęcia nieostre, kolory przekłamane, swatche rozmyte...
Jestem wściekła... Chyba zacznę wierzyć w pechowość 13-tki, bo dzisiaj nic mi nie wychodzi.. (rozsypałam Weekend Gateway i została mi dosłownie resztka w słoiczku - nie wiem, czy uda się z tego zrobić jeszcze jakieś swatche.. )
Do podkładów nawet nie siadałam, bo gdy o 14- tej przestałam walczyć ze zrobieniem róży, światło było jeszcze gorsze..
Zastanawiam się, czy zimą w ogóle uda się zrobić takie zestawienie. Chyba trzeba poczekać na słoneczny zimowy poranek...
Jestem wściekła... Chyba zacznę wierzyć w pechowość 13-tki, bo dzisiaj nic mi nie wychodzi.. (rozsypałam Weekend Gateway i została mi dosłownie resztka w słoiczku - nie wiem, czy uda się z tego zrobić jeszcze jakieś swatche.. )
Do podkładów nawet nie siadałam, bo gdy o 14- tej przestałam walczyć ze zrobieniem róży, światło było jeszcze gorsze..
Zastanawiam się, czy zimą w ogóle uda się zrobić takie zestawienie. Chyba trzeba poczekać na słoneczny zimowy poranek...
sobota, 12 grudnia 2009
LureBeauty
LureBeauty to firma, której mam zamiar przyjrzeć się znacznie bliżej, ponieważ zdecydowanie jest tego warta.
Krem Multi-fruit Day Cream to pierwszy od dłuższego czasu krem, który nie tylko nie szkodzi mojej skórze, ale wręcz czyni z nią cuda.
Balsamy do ciała mają tak urzekające zapachy i tak sympatycznie zachowują się na skórze, że chyba się nie oprę kolejnym...
EDIT:
Czas na opisy i recenzje.
Na zdjęciach widać mój ostatni zakup czyli Pineapple Enzyme Fruit Scrub (oczywiście z błędem podpisany na fotce, ale nie mam sił już tego zmieniać :D) oraz masło do ciała Tuscan Lace. Pozostałe rzeczy to próbki gratisowe oraz resztki z poprzedniego zamówienia. Nie mam już testowanej próbki mikrodermabrazji oraz kremu kolagenowego.
Pineapple Enzyme Fruit Scrub - cena 15,99$ za 2 oz czyli niecałe 60 ml peelingu enzymatycznego (próbka 10 ml - 3,25$). Pachnie obłędnie ananasem (choć trochę sztucznym i z czymś mi się ten zapach ogromnie kojarzy, ale nie jestem w stanie sobie przypomnieć, czym). Skuszona pochlebnymi opiniami oraz zadowoleniem z peelingu enzymatycznego z BU kupiłam od razu duże pudełko. I przyznam szczerze, że nie jestem pewna, czy to był dobry pomysł. Chyba jestem jednak nieuleczalną fanką mocnych zdzieraków i tak łagodne doznania chyba jednak nie dla mnie. Galaretkę nakładam w kąpieli i szoruję (o ile można mówić tu o szorowaniu, bo mimo, iż posiada drobinki, to są one jednak na tyle łagodne, iż praktycznie nie robią nic :) ) nią twarz przez jakieś 3-4 minuty. Po spłukaniu skóra jest miękka, gładka i z pewnością nie wysuszona, ale .. dla mnie to za mało. Działanie bardzo delikatne, choć posiadaczki wrażliwych i delikatnych cer powinny być zadowolone (o ile dobrze tolerują ananasa, bo jak wiadomo, może wywoływać silną reakcję uczuleniową). Nie twierdzę, ze to zły kosmetyk. Raczej poprawny. Na kolana mnie nie rzucił. Zużyję, ale zakupu raczej nie ponowię. A przynajmniej nie w tej cenie.
Azulen Day Cream - cena 2,99$ za ok. 10 ml, 8,5$ za niecałe 30 ml oraz 15,99$ za niecałe 60 ml. Mój ma delikatnie aksamitną i niestety, dość lejącą konsystencję o błękitno- szarym odcieniu. Wiem, że odcień zależy chyba od partii, bo zdarzają się mniej lub bardziej zielonkawe. Ja mam od Anki Franki w odcieniu takim, jak na zdjęciu (ciut ciemniejszym i mniej błękitnym, a bardziej szarawym - na fotce lampa nieco przekłamała odcień, ale na pewno nie jest zielonkawy). Co do samego kremu... Niestety, nie polubiłam się z nim jakoś specjalnie. Na plus mogę zaliczyć fakt, iż mnie nie zapchał, a to już dużo oraz dość przyzwoite nawilżanie. Niestety, nie jestem w stanie go używać, bo najpierw piekła mnie po nim skóra (ale zrzuciłam to na karb mocno podrażnionej cery przez kwasy), a obecnie, gdy skóra wróciła już do normalnego stanu, nałożenie go kończy się okropnym łzawieniem. Nie mam pojęcia, co w nim tak na mnie działa, ale chwilę po nałożeniu zaczynają mnie piec oczy i wyczuwam jakieś dziwne alkoholowe opary. Musiałam go odstawić, bo jednak nie dla mnie on. Z obserwacji - działa dość fajnie, zostawia skórę przyzwoicie nawilżoną, z trudną do opisania błyszczącą powłoczką, która nie chce się wchłonąć. Jako krem na dzień raczej tylko dla bardzo suchych skór, gdyż w każdym innym przypadku ciężko będzie nałożyć na niego podkład, by nie spłynął. Na noc - jak najbardziej. Na dzień - zdecydowanie nie. Barwienia skóry i zostawiania błękitnej (albo innej) poświaty u mnie nie zaobserwowałam. Do tego konsystencja kremu jest nieco zbyt rzadka i lejąca, co lekko utrudnia aplikację, ale być może to zalezy od partii (podobnie jak kolor). Mój jest raczej aksamitną emulsją niż kremem.
Raya Multi-fruit Day Cream - cena 3,25$ za próbkę 0.3 oz (czyli niecałe 10 ml) lub 22,99$ za pełnowymiarowy produkt o pojemności 2 oz czyli niecałych 60 ml. Właściwie cena jest jedynym minusem, jaki dostrzegam w tym kremie. I choć ok. 70 zł za krem o takim działaniu, to nie jest szaleństwo, to jednak w okresie grudniowym go sobie chyba daruję. Ale pewna nie jestem, bo jest to pierwszy od dłuższego czasu kosmetyk, który swoim działaniem rzeczywiście zrobił na mnie wrażenie. Nie mam pojęcia, co on takiego robi z moją skórą, ale wygląda zdecydowanie lepiej. Brzmi niewiarygodnie, ale już po kilku użyciach moja cera wygląda o niebo lepiej - jest gładsza, bardziej napięta, delikatna, o wyrównanym kolorycie, niespodzianki poznikały bez śladu, pory jakby zmniejszone. Aż nie chce mi się wierzyć, ze taki niepozorny kremik może działać lepiej niż wszystkie kwasy, ktore do tej pory stosowałam( kwasy ma w sobie również, więc należy pamiętać o stosowaniu filtrów przy jego stosowaniu ). Wchłania się bez najmniejszych problemów, nadaje się pod makijaż, rozsmarowuje się przyzwoicie. Nie dostrzegam żadnych minusów (poza faktem, iż na przesyłkę z LB będę musiała znowu czekać tak długo). Zdecydowanie kupię duże pudełko...
Exotic Butters Body Cream - mam 3 zapachy i każdy z nich jest świetny. Obecnie są w promocji, a wybór
Ogromnie lubię wszelkie zapachowe cuda do domu (kadzidełka, świeczki zapachowe itd.) i sama idea tego produktu bardzo mi się podoba. Rzeczywiscie, po roztopieniu zapach jest dość intensywny i długo wyczuwalny. Tylko .... (przepraszam za wyrażenie) śmierdzi okropnie :) nie jestem w stanie znieść tego zapachu. Słodko-mdląco- duszący zapach dyniowy spowodował natychmiastowy ból głowy.
Oczywiście postrzeganie zapachów to kwestia bardzo indywidualna, ale ja zdecydowanie jestem na "nie" dla tego zapachu. Same masełko bardzo mi się podoba, bo rzeczywiście spełnia swoją rolę, ale z pewnością przy zakupie wybiorę inny wariant zapachowy.
Z produktów wcześniej przeze mnie testowanych (a już skończonych i niemożliwych do pokazania na zdjęciach) mogę opisać jeszcze :
Microdermabrasion Resurfacing Cream - zdziwiło mnie to, że próbka nie była zabezpieczona od góry naklejką (podobnie w przypadku próbki masełka Hawaiian Breeze. Lilac i wszystkie inne miały naklejkę zabezpieczającą). Zużyłam go z prawdziwą przyjemnością i mogę powiedzieć, ze to naprawdę fajny zdzierak. Drobinki są dość ostre i osoby o wrażliwej cerze z pewnością mogą odczuwać dyskomfort przy jego stosowaniu. Dla mnie jednak (fanki popiołu wulkanicznego i rozmaitych mikrodermabrazji) mogłoby być ich jeszcze więcej. Fajnie szoruje, zostawia skórę dobrze wypolerowaną, gładką, bez efektu wysuszenia. Dlaczego jednak nie kupię dużego opakowania? Mimo iż stawiam go wyżej niż podobny produkt z Silk Naturals (nie zapchał mnie tak jak tamten), to jednak nie poradził sobie z drobnymi suchymi skórkami. Być może, jeżeli nie znajdę w najbliższym czasie czegos lepszego, to się skuszę. Póki co - zostawiam na liście produktów do przemyślenia :)
Emu Oil - jeden z najlepszych olei emu, jakie testowałam. Przede wszystkim, pierwsze co mnie zaskoczyło, to fakt, iż jest całkowicie bezzapachowy (w odróżnieniu do innych, które próbowałam). Wybrałam wersję "unscented" i rzeczywiście taka ona jest. Bardzo dobrze się wchłania, świetnie nawilża, nadaje się nawet pod mineralny makijaż. Nie zapycha i pozostawia skórę miękką, gładką i naprawdę fajnie nawilżoną. Niestety, moja próbka skończyła się błyskawicznie, nad czym ubolewam ogromnie. Zastanawiam się nad zakupem 2 oz (czyli ok. 60 ml), bo cena nie jest specjalnie wygórowana (ok. 40 zł), a sam olej świetny. Nie dane mi było przetestować jego działania na włosach i ciele, bo próbka, którą testowałam to ok.2 ml, co wystarczyło na kilka dni testów, ale to, co zaobserwowałam, przekonało mnie do zupełnie i skłoniło do wpisania tego produkty na listę zakupową. Zdecydowanie jeden z lepszych nawilżaczy, jakich ostatnio używałam. Myślę, że duet Emu Oil i Multi- fruit Day Cream na stałe niebawem zagoszczą w mojej pielęgnacji.
Collagen-Elastin Cream - nie przypadł mi specjalnie do gustu. Krem o barwie jasno- seledynkowej, praktycznie białej, leciutko tylko zabarwionej na zielonkawy odcień. Mam wrażenie, że wchłaniał się dość szybko, ale jednak taki trochę zbyt tłustawy jak dla mnie. Z pewnością mniej lejący i rzadki niż krem azulenowy. Zapach ogromnie drażniący i przeszkadzający. Jednak najgorsze było to, że spowodował natychmiastowe zapchanie. Na dalsze testy ochoty nie miałam i oddałam mamie, która jest odporna na wszelkie historie z zapychaniem :) Nic więcej na jego temat powiedzieć nie mogę, ale z pewnością zakupu nie powtórzę.
Shampoo with Emu Oil - mialam wersję zapachową Strawberry Daiquiri- okropnie słodki zapach. Początkowo nawet przyjemny, ale przy którymś myciu nie wytrzymałam i postanowiłam się tego pozbyć (koleżanka chętnie przygarnęła :) ). Co do samych właściwości szamponu. Przyznaję, iż szału u mnie nie zrobił. Ot, zwykły szampon, który ani specjalnie nie zaszkodził moim włosom, ani też w widoczny sposób nie poprawił ich wyglądu. Mył i już. Zakupu nie powtórzę.Cena niezbyt wygórowana, ale nie różni się niczym od drogeryjnych szamponów. Moje włosy są dość wymagające i być może dla osób o mniejszych wymaganiach będzie ok, ale moich nie spełnił.
Krem Multi-fruit Day Cream to pierwszy od dłuższego czasu krem, który nie tylko nie szkodzi mojej skórze, ale wręcz czyni z nią cuda.
Balsamy do ciała mają tak urzekające zapachy i tak sympatycznie zachowują się na skórze, że chyba się nie oprę kolejnym...
Dzisiaj tylko fotki - na opisy nie mam sił. Na zdjęciach produkty z ostatniego i wcześniejszego mini zamówienia.
EDIT:
Czas na opisy i recenzje.
Na zdjęciach widać mój ostatni zakup czyli Pineapple Enzyme Fruit Scrub (oczywiście z błędem podpisany na fotce, ale nie mam sił już tego zmieniać :D) oraz masło do ciała Tuscan Lace. Pozostałe rzeczy to próbki gratisowe oraz resztki z poprzedniego zamówienia. Nie mam już testowanej próbki mikrodermabrazji oraz kremu kolagenowego.
Pineapple Enzyme Fruit Scrub - cena 15,99$ za 2 oz czyli niecałe 60 ml peelingu enzymatycznego (próbka 10 ml - 3,25$). Pachnie obłędnie ananasem (choć trochę sztucznym i z czymś mi się ten zapach ogromnie kojarzy, ale nie jestem w stanie sobie przypomnieć, czym). Skuszona pochlebnymi opiniami oraz zadowoleniem z peelingu enzymatycznego z BU kupiłam od razu duże pudełko. I przyznam szczerze, że nie jestem pewna, czy to był dobry pomysł. Chyba jestem jednak nieuleczalną fanką mocnych zdzieraków i tak łagodne doznania chyba jednak nie dla mnie. Galaretkę nakładam w kąpieli i szoruję (o ile można mówić tu o szorowaniu, bo mimo, iż posiada drobinki, to są one jednak na tyle łagodne, iż praktycznie nie robią nic :) ) nią twarz przez jakieś 3-4 minuty. Po spłukaniu skóra jest miękka, gładka i z pewnością nie wysuszona, ale .. dla mnie to za mało. Działanie bardzo delikatne, choć posiadaczki wrażliwych i delikatnych cer powinny być zadowolone (o ile dobrze tolerują ananasa, bo jak wiadomo, może wywoływać silną reakcję uczuleniową). Nie twierdzę, ze to zły kosmetyk. Raczej poprawny. Na kolana mnie nie rzucił. Zużyję, ale zakupu raczej nie ponowię. A przynajmniej nie w tej cenie.
Azulen Day Cream - cena 2,99$ za ok. 10 ml, 8,5$ za niecałe 30 ml oraz 15,99$ za niecałe 60 ml. Mój ma delikatnie aksamitną i niestety, dość lejącą konsystencję o błękitno- szarym odcieniu. Wiem, że odcień zależy chyba od partii, bo zdarzają się mniej lub bardziej zielonkawe. Ja mam od Anki Franki w odcieniu takim, jak na zdjęciu (ciut ciemniejszym i mniej błękitnym, a bardziej szarawym - na fotce lampa nieco przekłamała odcień, ale na pewno nie jest zielonkawy). Co do samego kremu... Niestety, nie polubiłam się z nim jakoś specjalnie. Na plus mogę zaliczyć fakt, iż mnie nie zapchał, a to już dużo oraz dość przyzwoite nawilżanie. Niestety, nie jestem w stanie go używać, bo najpierw piekła mnie po nim skóra (ale zrzuciłam to na karb mocno podrażnionej cery przez kwasy), a obecnie, gdy skóra wróciła już do normalnego stanu, nałożenie go kończy się okropnym łzawieniem. Nie mam pojęcia, co w nim tak na mnie działa, ale chwilę po nałożeniu zaczynają mnie piec oczy i wyczuwam jakieś dziwne alkoholowe opary. Musiałam go odstawić, bo jednak nie dla mnie on. Z obserwacji - działa dość fajnie, zostawia skórę przyzwoicie nawilżoną, z trudną do opisania błyszczącą powłoczką, która nie chce się wchłonąć. Jako krem na dzień raczej tylko dla bardzo suchych skór, gdyż w każdym innym przypadku ciężko będzie nałożyć na niego podkład, by nie spłynął. Na noc - jak najbardziej. Na dzień - zdecydowanie nie. Barwienia skóry i zostawiania błękitnej (albo innej) poświaty u mnie nie zaobserwowałam. Do tego konsystencja kremu jest nieco zbyt rzadka i lejąca, co lekko utrudnia aplikację, ale być może to zalezy od partii (podobnie jak kolor). Mój jest raczej aksamitną emulsją niż kremem.

Raya Multi-fruit Day Cream - cena 3,25$ za próbkę 0.3 oz (czyli niecałe 10 ml) lub 22,99$ za pełnowymiarowy produkt o pojemności 2 oz czyli niecałych 60 ml. Właściwie cena jest jedynym minusem, jaki dostrzegam w tym kremie. I choć ok. 70 zł za krem o takim działaniu, to nie jest szaleństwo, to jednak w okresie grudniowym go sobie chyba daruję. Ale pewna nie jestem, bo jest to pierwszy od dłuższego czasu kosmetyk, który swoim działaniem rzeczywiście zrobił na mnie wrażenie. Nie mam pojęcia, co on takiego robi z moją skórą, ale wygląda zdecydowanie lepiej. Brzmi niewiarygodnie, ale już po kilku użyciach moja cera wygląda o niebo lepiej - jest gładsza, bardziej napięta, delikatna, o wyrównanym kolorycie, niespodzianki poznikały bez śladu, pory jakby zmniejszone. Aż nie chce mi się wierzyć, ze taki niepozorny kremik może działać lepiej niż wszystkie kwasy, ktore do tej pory stosowałam( kwasy ma w sobie również, więc należy pamiętać o stosowaniu filtrów przy jego stosowaniu ). Wchłania się bez najmniejszych problemów, nadaje się pod makijaż, rozsmarowuje się przyzwoicie. Nie dostrzegam żadnych minusów (poza faktem, iż na przesyłkę z LB będę musiała znowu czekać tak długo). Zdecydowanie kupię duże pudełko...
Exotic Butters Body Cream - mam 3 zapachy i każdy z nich jest świetny. Obecnie są w promocji, a wybór
Oczywiście postrzeganie zapachów to kwestia bardzo indywidualna, ale ja zdecydowanie jestem na "nie" dla tego zapachu. Same masełko bardzo mi się podoba, bo rzeczywiście spełnia swoją rolę, ale z pewnością przy zakupie wybiorę inny wariant zapachowy.
Z produktów wcześniej przeze mnie testowanych (a już skończonych i niemożliwych do pokazania na zdjęciach) mogę opisać jeszcze :
Microdermabrasion Resurfacing Cream - zdziwiło mnie to, że próbka nie była zabezpieczona od góry naklejką (podobnie w przypadku próbki masełka Hawaiian Breeze. Lilac i wszystkie inne miały naklejkę zabezpieczającą). Zużyłam go z prawdziwą przyjemnością i mogę powiedzieć, ze to naprawdę fajny zdzierak. Drobinki są dość ostre i osoby o wrażliwej cerze z pewnością mogą odczuwać dyskomfort przy jego stosowaniu. Dla mnie jednak (fanki popiołu wulkanicznego i rozmaitych mikrodermabrazji) mogłoby być ich jeszcze więcej. Fajnie szoruje, zostawia skórę dobrze wypolerowaną, gładką, bez efektu wysuszenia. Dlaczego jednak nie kupię dużego opakowania? Mimo iż stawiam go wyżej niż podobny produkt z Silk Naturals (nie zapchał mnie tak jak tamten), to jednak nie poradził sobie z drobnymi suchymi skórkami. Być może, jeżeli nie znajdę w najbliższym czasie czegos lepszego, to się skuszę. Póki co - zostawiam na liście produktów do przemyślenia :)
Emu Oil - jeden z najlepszych olei emu, jakie testowałam. Przede wszystkim, pierwsze co mnie zaskoczyło, to fakt, iż jest całkowicie bezzapachowy (w odróżnieniu do innych, które próbowałam). Wybrałam wersję "unscented" i rzeczywiście taka ona jest. Bardzo dobrze się wchłania, świetnie nawilża, nadaje się nawet pod mineralny makijaż. Nie zapycha i pozostawia skórę miękką, gładką i naprawdę fajnie nawilżoną. Niestety, moja próbka skończyła się błyskawicznie, nad czym ubolewam ogromnie. Zastanawiam się nad zakupem 2 oz (czyli ok. 60 ml), bo cena nie jest specjalnie wygórowana (ok. 40 zł), a sam olej świetny. Nie dane mi było przetestować jego działania na włosach i ciele, bo próbka, którą testowałam to ok.2 ml, co wystarczyło na kilka dni testów, ale to, co zaobserwowałam, przekonało mnie do zupełnie i skłoniło do wpisania tego produkty na listę zakupową. Zdecydowanie jeden z lepszych nawilżaczy, jakich ostatnio używałam. Myślę, że duet Emu Oil i Multi- fruit Day Cream na stałe niebawem zagoszczą w mojej pielęgnacji.
Collagen-Elastin Cream - nie przypadł mi specjalnie do gustu. Krem o barwie jasno- seledynkowej, praktycznie białej, leciutko tylko zabarwionej na zielonkawy odcień. Mam wrażenie, że wchłaniał się dość szybko, ale jednak taki trochę zbyt tłustawy jak dla mnie. Z pewnością mniej lejący i rzadki niż krem azulenowy. Zapach ogromnie drażniący i przeszkadzający. Jednak najgorsze było to, że spowodował natychmiastowe zapchanie. Na dalsze testy ochoty nie miałam i oddałam mamie, która jest odporna na wszelkie historie z zapychaniem :) Nic więcej na jego temat powiedzieć nie mogę, ale z pewnością zakupu nie powtórzę.
Shampoo with Emu Oil - mialam wersję zapachową Strawberry Daiquiri- okropnie słodki zapach. Początkowo nawet przyjemny, ale przy którymś myciu nie wytrzymałam i postanowiłam się tego pozbyć (koleżanka chętnie przygarnęła :) ). Co do samych właściwości szamponu. Przyznaję, iż szału u mnie nie zrobił. Ot, zwykły szampon, który ani specjalnie nie zaszkodził moim włosom, ani też w widoczny sposób nie poprawił ich wyglądu. Mył i już. Zakupu nie powtórzę.Cena niezbyt wygórowana, ale nie różni się niczym od drogeryjnych szamponów. Moje włosy są dość wymagające i być może dla osób o mniejszych wymaganiach będzie ok, ale moich nie spełnił.
Róże EARTHEN GLOW MINERALS i inne
Zrobiłam fotkę wszystkich moich rózy Earthen Glow Minerals, których jeszcze nie pokazywałam. Część z nich to ostatnie darmowe próbki, które dostałam od EGM, natomiast reszta to moje wcześniejsze zakupy. Na zdjęciu zaplątał się też jeden cień, zupełnie przypadkowo.
Górny rząd to w większości róże matowe, aczkolwiek w kilku przypadkach nie do końca zgadzam się z umieszczeniem ich w kategorii "matte", ponieważ np. Hope niby jest matowy w świetle dziennym, ale już w świetle lampy wychodzi z niego delikatny satynowy połysk.
Zdjęcie w sztucznym świetle:
Drobinek brokatowych w nim nie ma, ale matem całkowitym też nie jest.
Podobnie w przypadku kilku innych odcieni. Zrobiłam swatche wszystkich, ale nie wiem, czy mój aparat całkiem się już rozsypuje, baterie są do wyrzucenia, światło jest tak fatalne, czy ja po prostu nie umiem już zrobić normalnego zdjęcia, w każdym bądź razie - nie wyszły mi i już :( Nie wiem, czy jest sens w ogóle je pokazywać, bo naprawdę są kiepskiej jakości. Spróbuję zrobić któregoś dnia powtórkę.
Mam nadzieję, ze jutro będę miała lepszy dzień do fotografowania, bo planuję zrobić swatche EDM i jeżeli wyjdą mi tak samo jak dzisiejsze EGM, to...
Na zdjęciu grupowym:
Pierwszy rząd- Romance, Hope, Bali, Emotions, Tonga, Trust, Thoughts
Drugi rząd- Bjorko, Grapevine, Mardigras, Tiamand Island, Fanned Pink, English Rose, Pink Lemonade
Trzeci rząd - Pink Cottilion, The Hamptons, Catalyst, Summers Glow, Merlot, Datai Beach i cień Allure
Czwarty rząd - Carribean Queen Light, Pink Sands Beach, Coral Copper
Dodaję swatche róży. Pogoda ciut lepsza, to i fotki w miarę czytelne wyszły. Mam nadzieję, że teraz będzie coś widać.
Z uwag - zdecydowanie odradzam róż Bjorko. Co prawda ma dość niespotykany odcień rozbielonego fiołkowego bzu, ale jest wyjątkowo nieudanym produktem. Jego konsystencja to nic innego jak tynk albo kreda, która za nic nie chce się ładnie rozprowadzić ani trzymać skóry. Praktycznie wszystko spada na dół, pozostawiając jedynie smugę nieokreślonego koloru. Napigmentowanie woła o pomstę do nieba, a efekt końcowy makijażu z jego udziałem - opłakany.
Tak jak pisałam wcześniej - nie zgadzam się również z umieszczeniem Hope w kategorii matowych róży. Nie wiem, jak EGM, ale ja tam widzę wyraźny satynowy połysk, w świetle dziennym mniej widoczny, natomiast w sztucznym świetle już ewidentny.
Pink Sands Beach ma lekko różowawy połysk, który jednak trudno uchwycić na zdjęciu, a dodatkowo po chwili, gdy róż się wtapia, ginie praktycznie całkiem pozostawiając jedynie stłumiony odcień jasnego brązu.
Zrobiłam też zdjęcie trzech moich prasowanych podkładów Everyday Minerals. Co dziwne - wszystkie trzy odcienie mogę używać, choć różnią się nieco między sobą.
Zdjęcie niestety, tylko z lampą, bo te bez lampy wyszły kompletnie nieostre i niewiele na nich widać.
Na fotkach i swatchach prasowańce EDM - Golden Medium Pressed, Light Olive Pressed, Golden (Light) Pressed:
Na swatchach wychodzą bardziej pomarańczowo niż są w rzeczywistości, aczkolwiek nut pomarańczy z pewnością nie można im odmówić.
czwartek, 10 grudnia 2009
Zakupy Everyday Minerals
Na zdjęciu:
Górny rząd od lewej : Baby Bath, Cardamom, Comfy, Exhale, Boardwalk, Samba Lessons
Środkowy rząd : Snowflakes, Emerald eye liner
Dolny rząd : Bedtime Story, Romance Novel, On the phone, Shopping Spree, Freckles, Adventure, Picnic
No i róż Memphis Rose.
Byłam średnio do niego przekonana, ale po pierwszym użyciu zakochałam się w nim. Piękny odcień maliowego różu ze złotymi drobinkami. I choć wydaje się być dość intensywny i jaśniejsze karnacje muszą uważać, by nie zrobić sobie nim krzywdy, to nałożony odpowiednim pędzlem (np. skunksem) lekką smużką koloru, nadaje policzkom dziewczęcą świeżość i wygląda bardzo naturalnie.
środa, 9 grudnia 2009
ZAPOWIEDŹ :)
Jestem już gotowa do zrobienia zestawień EDM-owych. Mam wszystko, co chciałam mieć i w weekend przy dobrych wiatrach (a raczej dobrym świetle ) na blogu pojawią się swatche wszystkich odcieni różów oraz podkładów EDM.
Będzie to wyglądało mniej więcej tak :
Róże:
Podkłady:
Pod każdym zestawieniem bazującym na zdjęciach i opisach ze strony Everyday Minerals (z którymi przynajmniej w połowie się nie zgadzam, bo np. Best Friends to dla mnie odcień zupełnie inny niż "słodki odcień różu z nutą brzoskwini".) znajdą się swatche każdej z grup (czyli sheen, matte, shimmer w przypadku róży oraz golden, buff, beige, cool, warm i olive w przypadku podkładów) oraz zdjęcie grupowe, by można było porównać odcienie z różnych grup.
Opisy ze strony EDM zostały przetłumaczone, podkłady pogrupowane w kolejnosci od najjaśniejszego do najciemniejszego (choć nie zawsze to łatwe, bo kilka odcieni jest dość zbliżonych jasnością, a różnią się jedynie wybijającymi się tonami, więc zestawienie jest dość subiektywne.
Opisy zostawiłam w wersji oryginalnej - czyli jedynie je przetłumaczyłam, bez zagłębiania się w nie i dodawania własnych odczuć co do poszczególnych odcieni. Są to opisy wg EDM, a nie wg mnie :)
ZAPRASZAM W WEEKEND :)
Oczywiście w międzyczasie na blogu pojawią się inne rzeczy - m.in róże EGM
Będzie to wyglądało mniej więcej tak :
Róże:
Podkłady:
Opisy ze strony EDM zostały przetłumaczone, podkłady pogrupowane w kolejnosci od najjaśniejszego do najciemniejszego (choć nie zawsze to łatwe, bo kilka odcieni jest dość zbliżonych jasnością, a różnią się jedynie wybijającymi się tonami, więc zestawienie jest dość subiektywne.
Opisy zostawiłam w wersji oryginalnej - czyli jedynie je przetłumaczyłam, bez zagłębiania się w nie i dodawania własnych odczuć co do poszczególnych odcieni. Są to opisy wg EDM, a nie wg mnie :)
ZAPRASZAM W WEEKEND :)
Oczywiście w międzyczasie na blogu pojawią się inne rzeczy - m.in róże EGM
poniedziałek, 7 grudnia 2009
Sky Blue Concealer
Niebieski korektor z Everyday Minerals zakupiłam pod wpływem impulsu i dlatego, ze jeszcze go nie miałam :)
Byłam przekonana, ze tak jak pozostałe korektory, będzie sobie po prostu leżał i "był". I że taka będzie jego główna rola. Nic bardziej mylnego. Po prostu nie mogę uwierzyć, ze do tej pory nie odkryłam jeszcze tego korektora (w ogóle - niebieskiego korektora ogólnie) i że nie wpadłam na prosty, a jednocześnie rozwiązujący wiele moich problemów pomysł...
Do rzeczy. Okazuje się, ze niebieski korektor, stworzony z myślą o przebarwieniach słonecznych i pomarańczowych plamach na twarzy świetnie spisuje się do korekcji podkładów oraz bronzerów, które mają zbyt ceglaste tony. Mój Tahiti Sweetie z Silk Naturals, który wbrew wizażowemu przekonaniu, że jest
chłodnym bronzerem, na mojej twarzy dawał efekt solaryjnej pomarańczki, po stuningowaniu go Sky Blue jest jak nowo narodzony i to jest własnie to, czego szukałam. Nie tylko lekko rozjaśnił odrobinkę zbyt ciemny dla mnie odcień, ale nadał mu jeszcze chłodniejsze tony i na twarzy wygląda świetnie.
chłodnym bronzerem, na mojej twarzy dawał efekt solaryjnej pomarańczki, po stuningowaniu go Sky Blue jest jak nowo narodzony i to jest własnie to, czego szukałam. Nie tylko lekko rozjaśnił odrobinkę zbyt ciemny dla mnie odcień, ale nadał mu jeszcze chłodniejsze tony i na twarzy wygląda świetnie.
Idąc tym tropem postanowiłam przeprowadzić małe śledztwo w sprawie działania tego korektora na róże, które znacznie się na mojej twarzy ocieplały. Do świetnego, aczkolwiek pomarańczowiejącego Raw Sugara dosypałam kapkę Sky Blue. Wybijające się zbyt znacznie ciepłe tony zostały przytłumione i mam piękny, naprawdę piękny odcień chłodnego złoto-brązowego odcienia...
Na koniec wzięłam pod lupę testy niebieskiego korektora na całej twarzy, czyli zmieszałam z podkładem, który prawie odpowiadał mi jasnością, ale już nie tym, jak pomarańczowiał (?) na mojej cerze. Bingo. Mogę nosić Medium Beige Neutral z EDM i nie być posądzona o przeholowanie z solarium :) Nie tylko lekko rozjaśnił, ale i "przyszarzył" (jakieś neologizmy dzisiaj tworzę, ale mam nadzieję, ze będzie wiadomo, o co mi chodzi) zbyt ciepły odcień podkładu.
Chciałam pokazać to na zdjęciach, ale dzisiaj mi się nie uda. Postaram sie uzupełnić jutro i zaprezentować dowód moich eksperymentów. Oczywiście nie gwarantuję podobnego efektu na każdej cerze i z każdym odcieniem. Dla przykładu - rewelacyjny dla niektórych Mint, który koryguje czerwone tony u wielu osób i ujednolica cerę, u mnie (cera żółtawa, w kierunku jasnych oliwek czyli z ziemisto- zielonymi tonami) daje efekt Czesia i to z ciężką niestrawnością, bez względu na sposob aplikacji oraz ilość nałożonego Minta..
EDIT:
Dodałam zdjęcia eksperymentalnego mieszania. Do Cinnamona i Tahiti dosypałam po odrobince Sky Blue. Zależało mi na tym, by nie zmienić znacząco ich odcienia, a jedynie ochłodzić (ewentualnie troszkę rozjaśnić).Zdjęcia z lampą i nie oddają do końca uzyskanego efektu, ale na dzienne światło się nie załapałam.
Fotki są, jakie są, innych na razie nie będzie :P Może gdy znajdę chwilę wolniejszą, pobawię się trochę bardziej tym tematem...
Na koniec z nieco innej bajki - dostałam pytanie, w jaki sposób przechowuję swoje próbki.
Większość mam poprzesypywaną do słoiczków, ale jako iż zajmuje to całkiem sporo miejsca przy takiej ilości, to próbki (zwłaszcza podkładów), których nie używam, a których nazbierało się nieco postanowiłam umieścić w... wizytowniku :)
Długo szukałam czegoś, co spisze się w roli "przechowywacza" próbek. Początkowo mieszkały one w albumie na zdjęcia, ale nie byłam zadowolona z tego rozwiązania, ponieważ próbki nie pasowały tam rozmiarem. I nie podobało mi się to ani trochę. Potem szukałam w sklepach dla numizmatyków, amatorów fotografii i trafiłam na album z wkładami do slajdów. Było to rozwiązanie prawie idealne. Prawie, bo większość próbek jednak wystawała z koszulek i drażniło to mój (jakikolwiek by on nie był) zmysł estetyczny. No i w końcu wpadłam na pomysł, by wykorzystać do tego celu... najzwyklejszy w świecie wizytownik. Miejsca na wizytówki idealnie pasują do rozmiarów większości próbek (EGM wpasowuje się tam idealnie), jedynie MOEW troszkę za długie są, ale do zniesienia :)
No to pokazuję, jak wygląda mój wizytownik z próbkami podkładów Earthen Glow Minerals...
EDIT:
Dodałam zdjęcia eksperymentalnego mieszania. Do Cinnamona i Tahiti dosypałam po odrobince Sky Blue. Zależało mi na tym, by nie zmienić znacząco ich odcienia, a jedynie ochłodzić (ewentualnie troszkę rozjaśnić).Zdjęcia z lampą i nie oddają do końca uzyskanego efektu, ale na dzienne światło się nie załapałam.
Fotki są, jakie są, innych na razie nie będzie :P Może gdy znajdę chwilę wolniejszą, pobawię się trochę bardziej tym tematem...
Na koniec z nieco innej bajki - dostałam pytanie, w jaki sposób przechowuję swoje próbki.
Większość mam poprzesypywaną do słoiczków, ale jako iż zajmuje to całkiem sporo miejsca przy takiej ilości, to próbki (zwłaszcza podkładów), których nie używam, a których nazbierało się nieco postanowiłam umieścić w... wizytowniku :)
Długo szukałam czegoś, co spisze się w roli "przechowywacza" próbek. Początkowo mieszkały one w albumie na zdjęcia, ale nie byłam zadowolona z tego rozwiązania, ponieważ próbki nie pasowały tam rozmiarem. I nie podobało mi się to ani trochę. Potem szukałam w sklepach dla numizmatyków, amatorów fotografii i trafiłam na album z wkładami do slajdów. Było to rozwiązanie prawie idealne. Prawie, bo większość próbek jednak wystawała z koszulek i drażniło to mój (jakikolwiek by on nie był) zmysł estetyczny. No i w końcu wpadłam na pomysł, by wykorzystać do tego celu... najzwyklejszy w świecie wizytownik. Miejsca na wizytówki idealnie pasują do rozmiarów większości próbek (EGM wpasowuje się tam idealnie), jedynie MOEW troszkę za długie są, ale do zniesienia :)
No to pokazuję, jak wygląda mój wizytownik z próbkami podkładów Earthen Glow Minerals...
Subskrybuj:
Posty (Atom)